Dziesięć pokoleń wstecz

W czerwcu 1997 roku Piotr Naimski w wywiadzie udzielonym Małgorzacie Subotić, dziennikarce „Rzeczpospolitej”, opowiedział o swoich korzeniach, historii rodzinnej i sposobach jej odkrywania.

 

Dziesięć pokoleń wstecz – z Piotrem Naimskim rozmawia Małgorzata Subotić

 

Gdyby nie był pan biochemikiem, to kim chciałby pan być?

Zostałbym historykiem. Kocham tradycję i lubię szperać w starych dokumentach. A w nas, Polakach, tkwi poczucie tymczasowości, braku osadzenia. Ileś milionów ludzi zostało przeniesionych, przesiedlonych. Do tego doszło trwające ponad 40 lat zamieszanie społecznoustrojowe. Nastąpiło zerwanie ciągłości, tradycji. Niech pani zrobi szybki test wśród znajomych, pytając ich, czy potrafią wymienić imiona swoich prababek, tylko imiona.

A pan potrafi?

– Rzeczywiście, wiem o różnych sprawach swoich pradziadków, prababek, ciotek i wujków więcej może, niż przeciętny człowiek. Jeśli pani taki test zrobi, jego wyniki będą kiepskie. Okaże się, że już z wymienianiem imion babć może być kłopot. Jeszcze trudniejsze byłoby na przykład pytanie o to, gdzie jest pochowany pradziadek. A ja bardzo lubię chodzić po cmentarzach, nawet nie znanych mi wcześniej.

Na przykład w każdej napotkanej po drodze miejscowości?

– Tak, oglądanie nowej miejscowości zawiera taki element, jak poszukiwanie cmentarza. Po to, aby zobaczyć, czy jest stary, jakie nazwiska znajdują się na nagrobkach. Jeśli jest zaniedbany, oznacza to, że społeczność, do której należał, uległa rozproszeniu albo wyginięciu. Takie smutne wrażenie pozostawiają stare cmentarze, należące do narodowości, które zostały wykorzenione, na przykład niemieckie, żydowskie. Z dużą ciekawością oglądam wiejskie cmentarze przy kościołach; zazwyczaj jest tam jakiś fragment zaniedbany, najprawdopodobniej nie ma już rodzin, do których należały te groby. Jeśli cmentarz jest duży, a grobów odwiedzanych – takich, o które ktoś dba – niewiele, to znaczy, że miejscowość miała wielką historię, a dzisiaj jest w stanie schyłkowym.

Gdzie jeszcze znajduje pan „ślady minionego czasu”?

– Interesują mnie na przykład taryfy domów warszawskich. Zazwyczaj słowo taryfa kojarzy się z przejazdami, ale w tym wypadku chodzi o dokładny spis właścicieli nieruchomości na terenie Warszawy, służący pierwotnie celom podatkowym. Niektóre wydania są opatrzone szczegółowymi mapkami różnych rejonów miasta. Przeglądając takie dokumenty, po prostu dobrze się czuję. W stolicy zachowało się niewiele starych kamienic, trudno tu o poczucie ciągłości. Dlatego nieocenionym z tego punktu widzenia miejscem jest Cmentarz Powązkowski, tam jest zachowana historia Warszawy ostatnich 200 lat. Sprawia mi przyjemność – kłaniam się mojej nauczycielce od łaciny – gdy w nieznanym kościele potrafię rozszyfrować nagrobkową inskrypcję po łacinie. Czasami dopiero po herbie, jeśli jest, udaje mi się rozpoznać, do jakiej rodziny należał zmarły. Gdy parę lat temu zdarzyło mi się zajrzeć do parafii Świerczynki pod Toruniem – uważanej za najstarszą parafię na Pomorzu – natknąłem się tam na parafialne księgi sprzed kilkuset lat. Dla zawodowego historyka nie jest to oczywiście nic szczególnego, ale ja historykiem nie jestem i bawi mnie, że mogę to obejrzeć. Wydaje mi się, że każdemu człowiekowi jest potrzebna świadomość tego, skąd się wziął, skąd się wywodzi.

Czyli chodzi o poczucie własnych korzeni?

– Tak, i nie jest to kwestia przelotnych snobizmów, przypisywania sobie herbów, sygnetów, arystokratycznych rodowodów. Chociaż dobrze jest, jeśli ktoś potrafi wykazać się wiedzą o przynajmniej czterech swoich pokoleniach wstecz. Na wsi ta świadomość własnych korzeni jest zresztą silniejsza niż w miastach.

A jaka jest historia pańskiej rodziny?

– Akurat tak się składa, że historię mojej rodziny można dość łatwo prześledzić dziesięć pokoleń wstecz. Od tylu pokoleń mieszkamy w Warszawie.

Dziesięć pokoleń to ile to jest lat?

– Około 280.

Pana drzewo genealogiczne jest mocno rozgałęzione?

– W ostatnich czasach już nie. W Polsce, oprócz mnie i moich dzieci, nie ma nikogo o nazwisku Naimski. Dalszych kuzynów mam jeszcze w Anglii. I to już koniec.

Czy interesował się pan tym, co znaczy pana nazwisko?

– To nazwisko ma rdzeń hebrajski. Moja rodzina była rodziną frankistowską, czyli żydowską i dziesięć pokoleń temu przyjęła chrzest w katedrze lwowskiej. Ale nie chciała przyjąć w pełni polskiego nazwiska, aby nie zacierać korzeni. Został tylko dodany przyrostek „ski”. Natomiast słowo „naim” to mniej więcej znaczy „ładnie”.

A okres największego rozkwitu rodziny?

– Pierwsza połowa XIX wieku. Wtedy także najwięcej numerów hipotecznych w Warszawie było przypisanych mojej rodzinie. Na przykład przy placu Trzech Krzyży, w miejscu, na którym teraz jest wznoszony budynek banku ING, w pierwszej połowie XIX wieku stał należący do nas browar.

Podobno interesuje się pan także heraldyką.

– Zdarza się, że większość drobnego przekazu historycznego zagubiła się w ludzkiej pamięci, dokumenty zaginęły, ale jest herb. Istnieje więc przekonanie, słuszne zresztą, że jeśli jest herb, to historia rodziny sięga daleko. Na przykład polscy Tatarzy przechowują bardzo skrupulatnie tradycję herbową. Są chłopami z dziada pradziada, a jednak pamiętają, że jeden z polskich królów nadał im te herby.

Czego można się dowiedzieć na podstawie herbu?

– Skąd pochodzi dana rodzina, kiedy pojawiła się w historii. Spora część polskich herbów, zwłaszcza tych najbardziej znanych, wywodzi się ze średniowiecza. W Polsce było zresztą inaczej, niż w innych krajach zachodnioeuropejskich: tym samym herbem mogły pieczętować się różne rodziny. Ale były też herby, które należały tylko do jednej rodziny; wtedy mówi się o herbie własnym.

A jaki jest pana herb?

– Jak już mówiłem, pojawiliśmy się w Polsce trzysta lat temu. I być może byliśmy nobilitowani w XVIII wieku, ale to nie jest jasne.

Dlaczego nie jest jasne?

– W rodzinnej tradycji tkwi świadomość, że coś takiego miało miejsce, lecz nie ma żadnego „pisanego” przekazu. Moja rodzina jest, jak już wspomniałem, związana z Warszawą i bardziej od herbów interesują mnie rodzinne groby na Powązkach.

Nie odpowiedział mi pan jednak na pytanie, czy pana rodzina ma herb?

– Akurat tego nie wiem. Jeżeli istotnie miała, to był to na pewno nowy herb.

Co to znaczy?

– To znaczy – nadany w XVIII wieku. W tym okresie było wiele sejmowych nobilitacji. Często nie przypisywano nowo nobilitowanych rodzin do herbów już istniejących, staropolskich, tylko przyznawano im nowo tworzone herby.

A jeśli nie sejmową nobilitacją, to jak można było „uzyskać” herb?

– Poprzednio była to decyzja władcy. Wczesne podania herbowe sprowadzają się na ogół do legendy, że uratował księcia przed turem albo był dzielny w bitwie, stracił nogę i dlatego nadano mu szlachectwo i herb. Ale w czasach I Rzeczpospolitej Sejm zawarował sobie prawo do nadawania nobilitacji i potwierdzania indygenatów, czyli szlachectwa z innych krajów. Ten sejmowy przywilej był czasami łamany przez niektórych królów.

Przez których najczęściej?

– Przede wszystkim przez Stanisława Augusta. Stąd pochodzą tzw. nobilitacje sekretne. Krótko mówiąc, kancelaria królewska dawała bądź sprzedawała tytuł, czerpiąc z tego dochody. Zdarzały się i oszustwa. Jest na ten temat cała księga Nekantego Trepki, swego rodzaju herbarz tych rodów, które doszły do szlachectwa w sposób pokrętny, czasem zbrodniczy, a niekiedy po prostu za pieniądze.

Skąd się w ogóle wzięły herby?

– Ze znaków na tarczach rycerskich, znaków rozpoznawczych. Były to proste rysunki typu strzała, podkowa. A później z tarczy były przenoszone na pieczęć. Z czasem stały się drugim obok nazwiska znakiem rozpoznawczym, na przykład Radziwiłłowie herbu trąby.

A herbu Zerwikaptur to kto był?

– Longinus Podbipięta, oczywiście. Zobaczymy to niedługo w kinie, bo, jak się okazuje, dojdzie jednak do nakręcenia „Ogniem i mieczem”. Jeśli już mówimy o rodzinach herbowych, to warto pamiętać, że w Polsce było stosunkowo dużo rodzin szlacheckich. Niektórzy szacują, że ludność pochodzenia szlacheckiego stanowiła około 10 procent, czyli było to na pewno więcej, niż w innych krajach europejskich. A to oznacza, że obywateli uprawnionych do decyzji i udziału w życiu publicznym było w I Rzeczpospolitej bardzo dużo.

Prześledził pan losy swojej rodziny dziesięć pokoleń wstecz, jak pan to zrobił?

– Zachował się rodzinny przekaz. Pomocne okazały się również akta hipoteki warszawskiej. Akta hipoteczne są zresztą bardzo ciekawymi dokumentami. Zawierają nie tylko opisy nieruchomości, często dołączano do nich metryki, testamenty, inne dokumenty rodzinne, np. daty ślubów. Dla kogoś, kto chce odtworzyć historię rodzinną, może to być bezcenne źródło dokumentów, które w innych miejscach zaginęły. I pod tym względem skutki powstania warszawskiego były tragiczne – większość dokumentów, prywatnych archiwów spłonęła. Jednak niektóre rzeczy się zachowały, na przykład właśnie większość hipoteki. Dla kogoś, kto przypuszcza, że rodzina miała w Warszawie plac lub dom, hipoteka jest nieocenionym źródłem informacji.

Czy jest możliwe odtworzenie historii własnej rodziny kilka pokoleń wstecz, jeśli dotychczas nic się na ten temat nie wiedziało?

– Tak. I zachęcam wszystkich, by spróbowali to zrobić. Przodków ma każdy, nie tylko „herbowi”. Są księgi parafialne, akta sądowe. A jeśli ktoś chciałby posłużyć się komputerem, to istnieje przyzwoity program pozwalający w sposób uporządkowany zgromadzić dane o rodzinie. Potem – jeśli to kogoś bawi – można ten zbiór przeszukiwać, wynajdować powiązania, pokrewieństwa. Uważa się, że najbardziej rozbudowane archiwa, będące materiałem źrodłowym dla badań genealogicznych, mają mormoni. W Salt Lake City jest olbrzymia biblioteka, która ma swoje końcówki komputerowe w różnych rejonach świata. Przez tę bibliotekę często łatwiej odnaleźć fotokopie oryginalnych metryk kościelnych danego kraju, niż bezpośrednio w archiwach. Mormoni rzeczywiście wkładają w to olbrzymie pieniądze. Nie korzystałem z tego, ale pokazywano mi, jak to funkcjonuje.

Ale najlepiej zacząć od parafii. Jeśli wiadomo, na przykład, gdzie urodziła się babcia, to w tamtejszej parafii będzie zapewne jej świadectwo chrztu, może będą też inne zapiski, np. adnotacja o ślubie, przekazana z innej parafii. To dość żmudne grzebanie w papierach, ale myślę, że warto to zrobić. Na ogół jest tak, że zaczynamy interesować się rodzinną historią wtedy, gdy jest już za późno.

To znaczy?

– Gdy dziadkowie, którzy mogliby nam dużo opowiedzieć, już nie żyją. Pozostają stare, nie podpisane fotografie i nikt nie potrafi już rozpoznać występujących na nich osób.

Szef UOP w rządzie Jana Olszewskiego. Członek kierownictwa ROP.

W latach 70. jeden z czternastu założycieli KOR. Współzałożyciel warszawskiej „Solidarności”, a po Okrągłym Stole – ZChN.

Był szefem kampanii prezydenckiej Jana Olszewskiego. Dyrektor Studium Stosunków Międzynarodowych w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu.

Rzeczpospolita
© Wszystkie prawa zastrzeżone

 

W kategorii: Media wpisany przez Magdalena

Ilość komentarzy do artykułu: Możliwość komentowania Dziesięć pokoleń wstecz została wyłączona

Możliwość komentowania jest wyłączona.